Przez Neapol do Florencji i powrót z Rzymu. Tak wyglądała moja trasa po słonecznej Italii, której głównym punktem był rewanżowy mecz Lecha Poznań z Fiorentiną. Co prawda tydzień temu w Poznaniu „Kolejorz” przegrał 1-4 i awans do półfinału wydawał się misją nie do zrealizowania. Wszak strzelenie rozpędzonej włoskiej drużynie przynajmniej 3 goli, potrzebnych żeby doprowadzić do dogrywki, zakrawało na cud. Ale serce mówiło, leć do Włoch!
A jednak Lechici nie poddali się. Rozpoczęli mecz bardzo agresywnie i już w 9 minucie Afonso Sousa wykorzystał błąd obrony „Violi” po wrzutce Michała Skórasia. Szybkie prowadzenie „Kolejorza” dało nadzieję, że może uda się wywieźć zwycięstwo z Florencji i cenne punkty do rankingów UEFA.
Pomimo złego początku gospodarze kontrolowali przebieg zawodów, odpierając akcje lechitów. Kibice ubrani w fioletowe koszulki i szaliki zamieniali swój głośny śpiew w ryk złości, gdy zawodnicy Fiorentiny przewracali się na boisku z powodu interwencji lechitów. A ostrych zagrań nie brakowało, o czym świadczy osiem żółtych kartek pokazanych po równo dla każdej ze stron. W 64 minucie Michał Skóraś został kopnięty w polu karnym przez Aleksa Terzicia. Wówczas sędzia skorzystał z wideoweryfikacji i po obejrzeniu akcji na monitorze podyktował rzut karny, który następnie Kristoffer Velde zamienił na gola. 2-0 i na twarzach gospodarzy zagościł strach. A gdy pięć minut później akcja „Kolejorza” przyniosła celne trafienie Artura Sobiecha, dwa tysiące kibiców siedzących na Curva Ferrovia wrzasnęło z euforii!
Gdy wydawało się, że rozpędzony Lech zdobędzie kolejne bramki, niestety „Viola” pokazała więcej jakości w ofensywie. Najpierw gol Riccardo Sottila dał poczucie ulgi kibicom gospodarzy, a trafienie Gaetano Castrovilliego w doliczonym czasie zamknęło wynik. Pomimo wspaniałego meczu, Lech zakończył udział w europejskich pucharach.